Dlaczego się boją...?

Do napisania tego artykułu skłonił mnie pewien komentarz znajdujący się w księdze gości, który od razu przytoczę:

"ciekawy obiektywizm :) czytajac te materialy dowiedzialem sie ze im bardziej ktos jest anty homosksualny tym bardziej jest homoseksualista,ciekawe a czy kazdy antysemita jesat zydem??a antykomuch komunista??brawo dla autora tej pieknej teorii! p.s.homofobia to obawa a nikt was sie nie obawia tylko zazwyczaj nienawidzi wiec problem homofobii jest w Polsce malostkowy :)"

Autorowi wpisu od razu wyjaśnię co oznacza słowo "małostkowy", bo najwyraźniej nie wie: przywiązujący wagę do rzeczy błahych, nieistotnych; świadczący o takim usposobieniu. W jaki więc sposób problem może być małostkowy? A teraz do rzeczy...

Najpierw zdefiniuję pojęcia, którymi będę operował, tak, by każdy miał pewność co one znaczą i co należy przez nie rozumieć. Proponuję oprzeć się na Słowniku Języka Polskiego PWN:

lęk - uczucie trwogi, obawy przed czymś; w psychologii: szczególny rodzaj strachu występujący bez wyraźnych zewnętrznych zagrożeń i przyczyn; jego źródła tkwią w nerwicowych konfliktach wewnętrznych;

strach - niepokój wywołany przez niebezpieczeństwo lub rzecz nieznaną, która się wydaje groźna, przez myśl o czymś grożącym;

W przypadku potrzeby użycia czasowników będę stosował odpowiednio: lękać się i bać się.

Tytuł artykułu brzmi "dlaczego się boją...?". Ale kto i czego się boi? A może lęka? Nietrudno się domyślić, że homoseksualiści boją się ujawniać swojej orientacji psychoseksualnej. Jest to zrozumiałe zważywszy na poglądy naszego społeczeństwa na tę kwestię. Pewne grupy ludzi stwarzają dla nich realne zagrożenie, a więc homoseksualiści się boją. Niemniej w tym artykule chciałym zając się drugą stroną sprawy. Mianowicie homofobią.

Zrozumieć trzeba nam jeszcze słowo homofobia. Czym jest homofobia? Jest fobią na punkcie homoseksualizmu. A czym jest fobia? Wg SJP PWN:

fobia - uporczywy, chorobliwy lęk przed określonymi przedmiotami lub sytuacjami.

Oczywiście homoseksualiści nie są przedmiotami ani sytuacjami :) W każdym razie, skoro instnieje wyraz ksenofobia (niechętny, wrogi stosunek do cudzoziemców i cudzoziemszczyzny -SJP PWN), to myślę, że słowo homofobia jest uprawnione.

Skąd w ludziach biorą się silne lęki? Bardzo ciekawie opisała to Lavinia Plonka (zainteresowanych tą osobą zapraszam na stronę: http://laviniaplonka.com) w książce "Pokonać lęk". Otóz okazuje się, że lęk jest wyuczoną strategią przetrwania i wynika z warunków w jakich się wychowywaliśmy. Jest sprawą wyuczoną do tego stopnia, że często osoby, których życiem rządzi lęk, nie zdają sobie z tego sprawy i mówią, że to nie oni mają problem. Jest to dosyć ciekawe, ponieważ zbieżne z odpowiedziami na pytanie: "skąd się bierze nienawiśc?" zadane internautom przez pytamy.pl. Oto wybrane dwie odpowiedzi (wszystkie są na "http://www.pytamy.pl/question/sk-d-bierze-si-nienawi):

"W zasadzie trudne pytanie. Ciężko mi odpowiedzieć, bo sama takowej nie żywię, ale wydaje mi się, że to uczucie rodzi się w człowieku, który jest przepełniony negatywnymi emocjami. To nie bierze się od, tak. To chyba zależy w jakej atmosferze się wychowuje, dorasta... Jakie rodzą się w nim przekonania. Moim zdaniem- dużą rolę spełnia to, w jakie otacza go środowisko."

"Zwykle ze strachu, często też z wychowania. Ze strachu bo większość wzorców społecznych wytworzyła się gdy żyliśmy w grupach po 20-30 osobników, dlatego każdy inny niż my jest uważany za potencjalne zagrożenie. Każdy kto nie podporządkowuje się naszym zwyczajom jest zły i inny. Kiedyś miało to swoje dobre strony, dzięki nim plemię miało większe szanse przeżyć, teraz jest gorzej bo nasze plemię jest dużo większe, a mechanizmy pozostały te same. To może tłumaczyć nienawiść do grup ludzi."

Widać więc jak bardzo bliskie są sobie pojęcia lęku i nienawiści. Niektórzy twierdzą, że istnieją tylko dwa uczucia: miłość i strach, a wszystkie inne są ich pochodnymi. Z tego punktu widzenia lęk jest pochodną strachu (co też potwierdzają definicje słownikowe), z kolei pochodną lęku jest nienawiść.

Zasłyszałem kiedyś opinię, że zło rodzi się z poczucia niesprawiedliwości. Ale co to wszystko ma do homofobii? Już wyjaśniam...

Weźmy klasycznego homofoba, który na "antyparadach" woła "lesby, geje- cała Polska się z was smieje". Dlaczego tak krzyczy? Agresja i nienawiść jest powodowana przez lęk (syndrom "walcz lub uciekaj"). A więc dlaczego tak się lęka? W wielu programach publicystycznych i artykułach przeciwnicy homoseksualistów zarzucają im albo że są chorzy (wbrew wszelkim utaleniom światowej Organizacji Zdrowia), albo że jest to kwestia wyboru i chcą zarażać tym innych (jest to też opinia byłego premiera Marcinkiewicza). Z pierwszym "argumentem" ciężko w ogóle dyskutować. Natomiast skupmy się na drugim. Sami homoseksualiści twierdzą, że tacy po prostu są, a nawet Ci, ktorzy pod wpływem różnych osób i instytucji twierdzą, że to jest wybór, który można zmienić (zwłaszcza uczestnicy "Odwagi") nie potrafią odpowiedzieć na pytanie kiedy dokonali takiego wyboru i dlaczego nie mogą po protu wybrać orientacji heteroseksualnej. Dlaczego więc antyhomoseksualiści twierdzą, że to można wybierać? Owszem, biseksualista może wybrać czy chce być z kobietą czy z mężczyzną, niemniej on wybiera osobę, a orientacja jako taka również jest niezależna od niego. Fakt, że gej się ożeni nie zmieni faktu, że jest on gejem i tak naprawdę pociągają go mężczyźni. Być może w takim razie zwolennicy tezy wyboru orientacji sami są biseksualni? Wg Freuda wszyscy się rodzimy biseksualni. A jesli się go trzymać, to trzeba być konsekwetnym i przyjąć kolejną jego lekcję- odmawiał on bowiem przyjmowania homoseksualistów jako pacjentów, bo uważał, że jest to normalne.

Zbliżamy się du odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule. Na chwilę jednak wróćmy jeszcze do tezy wyboru. Jeżeli ktoś zakłada tę tezę, to jest to jednoznaczne z przyjęciem, że on sam także może dokonać takiego wyboru. Skąd takie przeświadczenie? Czyżby wzięło się z nikąd? Moi znajomi określający się jako stuprocentowi heteroseksualiści twierdzą, że nic do homoseksualistów nie mają, że niech się wiążą, a ich to i tak nie obchodzi. Ciekawe, prawda? Zważywszy na to jaką obsesję na punkcie homoseksualizmu ma np. pewien polityk prawicowy, pan W. Staje się on wręcz osobą od tych spraw w swojej partii. Czy człowiek, którego malarstwo interesuje tyle co zeszłoroczny śnieg, opowiada w kółko o dziełach Picassa? I dlaczego osoby nastawione tak bardzo anty są często w stanie wolnym?

Wielu heteroseksualistów miewa fantazje homoseksualne, do czego przyznają się tylko w anonimowych ankietach. Nie wszyscy z nich chciałoby je realizować, ale są też tacy, których powstrzymuje obawa przed reakcją otoczenia. Co to ma do rzeczy? Otóż wyobraźmy sobie młodego człowieka, który odkrywa w sobie pragnienia homoseksualne (niekoniecznie musi być homoseksualistą). Od dziecka powtarzano mu, że homoseksualizm jest zły, jest wypaczeniem i celem "pedałów" jest zniszczenie rodziny (sic!). I cóż taki człowiek robi? Albo tłumi w sobie owe skłonności, albo potajemnie je realizuje, będąc na codzień zupełnie "normalnym" człowiekiem. To jednak może powodować nienawiść do samego siebie. Taka osoba może mieć tendencję obwiniania innych o swoje skłonności- w szczególności jawnych homoseksualistów. To nie wszystko. Sprawa jest bardziej złożona. Do tego dochodzi, czasem nieuświadomiona, zazdrość ("on miał odwagę") i zawiść ("ja nie mogę/nie potrafię być sobą, to jemu też nie pozwolę"). Myślę, że dosyć prosto oddałem ten mechanizm. Jest klasyczny przykład konfliktu wewnętrznego. Oczywiście są i heteroseksualiści, którzy nienawidzą gejów, bo powiedziano im, że mają nienawidzić, ale to już jest kwestia ideologii, w jakiej wyrastali. Nie przesądzam też których jest więcej w środowiskach negatywnie odnoszących się do homoseksualistów. Jednak tajemnicą poliszynela jest fakt, że odsetek homoseksualistów wśród osób duchownych jest wyższy, niż wśród pozostałych grup społecznych. Dla wielu (znam takich) jest to sposób na ucieczkę przed problemem, ale nie jego rozwiązanie. Chciałbym im powiedzieć za wielkim przecież dla wielu autorytetem: "nie lękajcie się".

Odpowiedź na tytułowe pytanie w kontekście tego wszystkiego co napisałem zostawiam Czytelnikowi. Cóż... wydaje mi się ona aż nadto oczywista. Na koniec- wszystkim, których problem dziur w butach sąsiadki nie dotyczy bezpośrednio, a których jednak one interesują, proponuję, aby sprawdzili czy ich własne buty nie są dziurawe :)

      2006r. © Jastrząb


     powrót...