Homofobia katolicyzmu
Światli
katolicy, z którymi rozmawiam o stosunku ich religii do homoseksualizmu
podkreślają zazwyczaj, że Kościół nie potępia homoseksualistów, lecz
homoseksualizm, i nie same skłonności homoseksualne, lecz czyny. To
ważne rozróżnienie - ja na przykład krytycznie oceniam religijność jako
postawę sprzyjającą złu, lecz nie potępiam ludzi religijnych, bo w
ogromnej większości są oni ofiarami indoktrynacji, której byli
poddawani od wczesnego dzieciństwa. Mówię więc o złu religii i
pokazuję, na czym to zło polega.
Niestety, religia nie
daje przekonujących wyjaśnień, dlaczego mielibyśmy uznać homoseksualizm
i "czyny" homoseksualne za zło. Kościół uznaje homoseksualizm za sprzeczny z prawem natury,
powiedział pięć lat temu Jan Paweł II, potępiając paradę gejów i
lesbijek w Rzymie. Jeśli tak, to Kościół grubo się myli, bo
homoseksualizm jest zjawiskiem całkowicie naturalnym; po prostu kilka
procent populacji przejawia odmienne skłonności seksualne i to zjawisko
ma charakter stały, towarzysząc ludzkości od zarania dziejów (nie tylko
ludzkości, homoseksualizm występuje również wśród zwierząt; istnieją
też inne odmienności, na przykład kilka procent ludzi częściej
posługuje się lewą ręką niż prawą, co jednak nie budzi większych
emocji). Negowanie przez chrześcijan naturalności homoseksualizmu jest
tym bardziej dziwne, że przecież wierzą oni, iż wszystko co istnieje,
zostało stworzone przez ich Boga - a więc również homoseksualiści.
Nieco więcej o "aktach homoseksualnych" mówi Katechizm Kościoła Katolickiego: Są
one sprzeczne z prawem naturalnym; wykluczają z aktu płciowego dar
życia. Nie wynikają z prawdziwej komplementarności uczuciowej i
płciowej. W żadnym wypadku nie będą mogły zostać zaaprobowane (p. 2357)
Nie bardzo wiadomo,
dlaczego "wykluczenie z aktu płciowego daru życia" miałoby być
sprzeczne z "prawem naturalnym", skoro homoseksualizm jest zjawiskiem
naturalnym (choć mniejszościowym, podobnie jak leworęczność). A nawet
gdyby był sprzeczny z tym prawem, to jeszcze nie oznacza, że jest czymś
złym. Na przykład celibat jest zdecydowanie nienaturalny, jest
następstwem wyboru, świadomej decyzji - ale nie znam katolika, który w
celibacie księży dopatrywałby się jakiegoś zła. Rzeczywiście jest tak,
że homoseksualiści w swych związkach nie mogą mieć dzieci (pochodzących
z tych związków), ale co w tym nagannego? Kto komu wyrządza tutaj
jakieś zło? Na to pytanie Katechizm nie udziela odpowiedzi,
ograniczając się do beztreściowej nowomowy - skłonność "obiektywnie
nieuporządkowana", brak "komplementarności uczuciowej i płciowej" -
która, jak się wydaje, ma jedynie spiętrzyć negatywne określenia wokół
homoseksualizmu i zwolnić od rzeczowej argumentacji.
Moi katoliccy znajomi,
pytani o stanowisko ich Kościoła wobec homoseksualistów, lubią cytować
ten oto fragment Katechizmu: Powinno
się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością.
Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej
dyskryminacji (p. 2358). Ostatnie słowa tego cytatu sugerują, że
może istnieć jakaś słuszna dyskryminacja, a należy wystrzegać się
jedynie tej niesłusznej - otwiera się tu szerokie pole do
interpretacji. Nie jest też jasne, dlaczego Katechizm specjalnie
podkreśla wymóg szacunku i delikatności wobec homoseksualistów, skoro
szacunek i delikatność należy okazywać wszystkim ludziom. Czyżby w
łonie magisterium Kościoła zrodziło się przypuszczenie, że bez tego
napomnienia wierni mogliby traktować gejów i lesbijki inaczej niż
wszystkich ludzi? Natomiast w katechizmowym wezwaniu do współczucia
wobec osób homoseksualnych dostrzegam przebłysk wiedzy hierarchów
Kościoła, na co dzień skrzętnie przez nich ukrywanej, na temat
dyskryminacji, jakiej doświadczają homoseksualiści w religijnych
społeczeństwach. Istotnie, los homoseksualistów w katolickiej Polsce
jest nie do pozazdroszczenia.
Ostateczną racją, do
której odwołuje się współczesny katolicyzm w swych atakach na
homoseksualizm jest... tradycja tej religii, spisana w starodawnych
księgach judeochrześcijańskich mitów. Mało jest rzeczy w Biblii, które są tak jednoznacznie potępione - napisał niedawno ks. Dariusz Oko na łamach "Gazety Wyborczej" w tekście Dziesięć argumentów przeciw (3.06.2005). Oto jeden z cytatów, do których odsyła ksiądz Oko: Podobnie
też i mężczyźni, porzuciwszy normalne współżycie z kobietą, zapałali
nawzajem żądzą ku sobie, mężczyźni z mężczyznami uprawiając bezwstyd i
na samych sobie ponosząc zapłatę należną za zboczenie. A ponieważ nie
uznali za słuszne zachować prawdziwe poznanie Boga, wydał ich Bóg na
pastwę na nic niezdatnego rozumu, tak że czynili to, co się nie godzi.
Pełni są też wszelakiej nieprawości, przewrotności, chciwości,
niegodziwości. Oddani zazdrości, zabójstwu, waśniom, podstępowi,
złośliwości (Rz 1:27-29).
Wiemy więc już, na czym
polega szacunek i delikatność, okazywane homoseksualistom przez
chrześcijaństwo. Nie tylko ten fragment, ale praktycznie wszystkie
pozostałe, do których odwołuje się ksiądz Oko pełne są inwektyw i
prymitywnej agresji wobec osób o odmiennej orientacji seksualnej.
Podkreślam - wobec osób, nie tylko wobec czynów. I właśnie w oparciu o
tę tradycję Kościół katolicki kształtuje postawę wiernych wobec
homoseksualistów.
Najwyraźniej rzucanie
jajkami w uczestników niedawnej Parady Równości i obraźliwe okrzyki pod
ich adresem nie godzą w chrześcijańskie wartości, bo żaden z
katolickich autorytetów moralnych nie zaprotestował przeciwko tym
chuligańskim ekscesom. Również w działaniach władz stolicy, próbujących
nie dopuścić do zorganizowania Parady, autorytety te nie dostrzegły
niczego, co mogłoby budzić moralny sprzeciw. Natomiast przewodniczący
Episkopatu, arcybiskup Józef Michalik ostro potępił samą Paradę: zamiast pomóc zagubionym ludziom leczyć chore myślenie, w sposób wyrafinowany organizuje się parady równości (cytat za "GW", 20.06.2005). Warto zauważyć, że hierarcha ma złe zdanie o ludziach, a nie o "czynach" czy "aktach".
Podobnie było rok temu
po Marszu Tolerancji w Krakowie, gdzie chuligani sięgnęli po kamienie.
Po tych zajściach rektor Papieskiej Akademii Teologicznej biskup
Tadeusz Pieronek powiedział: Nastroje
społeczne mają swoje prawa. Jeżeli chcemy, by wszyscy byli
tolerancyjni, to musimy przyjąć, że do takiej postawy prowadzi długi
proces wychowawczy. Ale gdy się kogoś drażni, nie ma się co dziwić -
wygląda to tak jak wczoraj. Wina jest tu po obu stronach: jedni byli
agresywni, ale drudzy prowokowali terminem swojego marszu. Data była
ustalona bardzo niefortunnie ("GW" 8.05.2004). Biskup zdejmuje z
chuliganów część winy i najwyraźniej rozumie ich zachowanie: zostali
przecież rozdrażnieni, a więc nie ma się co dziwić. Można zatem
przypuszczać, że uczestnicy Marszu Tolerancji sami sobie byli winni, że
obrzucono ich kamieniami. Ciekawa jest też kwestia owej "niefortunnej"
daty. Otóż krakowski marsz (który ostatecznie odbył się 7 maja 2004 r.)
początkowo miał się odbyć 9 maja, a więc tego samego dnia, co
tradycyjna procesja z Wawelu na Skałkę z relikwiami św. Stanisława.
Kogo więc uczestnicy marszu "prowokowali terminem"? Biskup Pieronek
niedwuznacznie daje do zrozumienia, że "sprowokowani" chuligani to
osoby religijne i nie wydaje się tym specjalnie przejęty.
W wypowiedziach biskupa
Pieronka i arcybiskupa Michalika nie widać troski o to, by
homoseksualistów nie ograniczano w ich obywatelskich prawach do
demonstrowania swych poglądów - zapewne delikatność i szacunek obu
hierarchów nie sięgają aż tak daleko. Biskupi nie widzą też powodu, aby
formułować krytyczne opinie wobec tych, którzy darzą homoseksualistów
nienawiścią i pogardą. Jacy pasterze, taka trzoda - niedawny sondaż
OBOP-u wykazał, że tylko 36 procent Polaków uznaje tę orientację
seksualną za normalną (średnia europejska - 64 procent).
W stosunku religii do
homoseksualizmu skupiają się jak w soczewce negatywne skutki jej
społecznego oddziaływania: skłonność do dyskryminacji mniejszości;
niechęć wobec "innych" i nieprzeciwstawianie się przemocy, która ich
dotyka; propagowanie i utrwalanie szkodliwych mitów i zabobonów - bo
przecież szukanie w Biblii argumentów przeciw homoseksualizmowi w
praktyce oznacza akceptację prymitywnych przesądów, które funkcjonowały
w społecznościach pasterskich żyjących ponad dwa tysiące lat temu na
pograniczu Afryki i Azji. Dyskryminacja tych, którzy są liczebnie słabi
i mają niewielkie możliwości obrony jest jednym z najbardziej
hańbiących występków, jakie może popełnić społeczeństwo. Stosunek
katolicyzmu do mniejszości seksualnych pokazuje, że religia nie tyko
nie walczy z tym występkiem, ale wręcz mu sprzyja.
A tym wszystkim którzy
uważają, że problemy mniejszości nie muszą ich interesować, dedykuję
słowa pastora Martina Niemöllera (1892 - 1984), który po upadku
Trzeciej Rzeszy przyznał, że duchowieństwo za słabo przeciwstawiało się
nazizmowi:
Najpierw
przyszli po socjalistów, ale się nie odezwałem, bo nie byłem
socjalistą. Potem przyszli po związkowców - milczałem, bo nie należałem
do związków zawodowych. Potem przyszła kolej na Żydów, i znowu nic nie
powiedziałem, bo nie byłem Żydem. Wreszcie przyszli po mnie - i nie
było już nikogo, kto wstawiłby się za mną.
Jerzy Bokłażec
Strona autora artykułu: http://acn.waw.pl/boklazec/